Main Menu

Rozliczenie PIT z PITax.plDarmowy Program PIT dostarcza firma PITax.pl Łatwe podatki

Breadcrumbs

Poniedziałek, 31-05-2010 r.

Do wyjazdu dwa dni, początek przygotowań, początek bałaganu, początki są trudne. Mam nowe sakwy, maja być rewelka, czas pokaże, na razie kłopoty z zamocowaniem, pakowaniem sprzętu, skąd tego tyle. Spoko droga pokaże czego jest za dużo i tak zawsze robię ten błąd.

Wtorek, 01-06-2010 r.

Wyjazd już jutro, nawet największy bałagan ma swój koniec, mój będzie miał jutro, po prostu pojadę, reszta to kreatywność, emocje i dobry humor mnie nie opuszczają. Powtarzam sobie, ani ludzie, ani pogoda nie zepsuje mi wyjazdu. Wieczorem wszystko spakowane, zapięte, cała reszta od jutra to wielka niespodzianka, moja ciekawość płonie. Do jutra.

Środa, 02-06-2010 r.


Z domu ruszam obładowany i pełen optymizmu

Warto robić swoje, dobre śniadanko, pożegnanie, fotka przed domem, znowu pożegnanie i w drogę. Pogoda dobra, wiatr w plecy, na początek naprawdę ostra jazda, może za ostra, ale trzeba wykorzystać warunki, Ostrołęka w przelocie, Różan też, Pułtusk, krótki postój, czy raczej oglądanie, przystań nad Narwią zalana, ławki na deptaku w wodzie, Zamek w Pułtusku ładny tak samo ładnie położony, klimatyczny brukowany plac z efektowną fontanną, tylko po co zakazy jazdy rowerem, miasto jest pozytywne, warto przy okazji zatrzymać się na dłużej, jest trochę do zobaczenia. Po drodze Nasielsk, zakupy, jutro Boże Ciało, mogą być trudności zaopatrzeniowe, z Nasielska do Borkowa i przez tereny wypoczynkowe nad Wkrą do Zakroczymia, nazwy miejscowości brzmią swojsko Śniadowo, Janowo, w Rajszewie pierwszy klub golfowy jaki powstał w Polsce, to nie dla mnie, ale sporo chętnych do szukania małej, białej piłeczki. Po południu Zakroczym, dojechałem na sucho, a za chwile burza z ulewą, niech się wypada, jutro droga do Nowego Miasta. W Zakroczmiu dołączają Rysiek z Markiem, dalej pojedziemy we trzech. Przejechałem 154 km, średnia prędkość 21,7 km/h, wypiłem też sporo napojów.


To Marek i Rysiek, pojadę z nimi do Częstochowy

Czwartek, 03-06-2010 r.


Tak jak mówiłem, ruszamy we trzech do Częstochowy

Wczesna pobudka po i tak nieprzespanej nocy, śniadanie już nie takie jak w domu, ale ciągle smacznie, potem msza bo święto, fotki tradycyjnie przed OAT, wymiana grzeczności i adresów z nowym kolegą w Zakroczymiu. Wyjeżdżamy, chcę obejrzeć Twierdzę w Modlinie, a jak chce to robię i... rozczarowanie, prawie nic nie działa, wszędzie odprawiają nas z kwitkiem, to co widać to ruina wystawiona do sprzedaży, pozostał cmentarz, robi wrażenie, groby z różnych wojen, wszędzie cisza i spokój. Trzeba na trasę, na początek dwa mosty, na Narwi i drugi na Wiśle i widoki na Twierdzę, ładniejsze jak poprzednio. Woda wezbrana, kilka wysp na Wiśle, jeszcze nic nie wróciło do normy po powodzi. Groble w Kampinosie mogą być zalane, zmieniamy trasę, przez Błonie, Grodzisk Maz., Radziejowice, Mszczonów, Białą Rawską osiągamy cel, Nowe Miasto. Niewiele efektownego po drodze, proste tłoczenie kilometrów, to nie dla mnie, od jutra będzie inaczej. Bracia Kapucyni jak zwykle serdeczni, możliwość kąpieli z czego skrzętnie korzystam, kawa, herbata, kolacja, małe pranie i materace na podłodze, a poleżeć się chce, w dzień słońce zrobiło swoje, już są ślady nogawek i rękawów. Znowu mamy farta, Ktoś nad nami czuwa, wieczorem leje, trzeba z nadzieja czekać co będzie jutro, a być może będzie, trochę więcej kilometrów i plany oglądania, ale to dopiero jutro. Wcale zapomniałem, a to dla mnie ważne, rano byłem na grobie Ojca Benignusa. Jazda jest fajna, trochę spotkań, rozmów, kolega z sakwami jechał nad morze, dość ambitny zamiar bo nad Bałtyk jechał na południe????? Przejechałem 124 km, średnia prędkość 21,2 km/h. Znowu sporo wypiłem, ale tzn . ciepło, a to lubię.


W Nowym Mieście dalej humory dopisują

Piątek, 04-06-2010 r.


Okolice Zalewu Sulejowskiego, za zaporą

Znowu wczesna pobudka i msza bo nie ma święta, ale jak inaczej wyjechać z kościoła. Spotkałem brata Piotra zakrystiana, znanego wszystkim z AA Omega, dużo radości i pozdrowień. Tak jak sobie wcześniej obiecałem wyjazd na zupełnie nową trasę przez Rzeczycę w stronę Sulejowa, w międzyczasie Inowłódz z odbudowywanym zamkiem Kazimierz Wielkiego, dalej Jeleń i niemiecki schron kolejowy, zachowany w bdb. stanie o długości 350m z okresu II wojny światowej, do którego wjeżdżał cały pociąg sztabowy, podobny schron jest też w Konewce (okolice Spalskiego P N). Ładny kawałek drogi przez las i dojeżdżamy do Smardzewic, gdzie wybudowano na Pilicy tamę o długości 1,2 km, powstał zalew 17 km długi i 2,1 km szeroki zwany zalewem Sulejowskim, w Łodzi i okolicach dzięki tej budowli nie brakuje wody, miejsce jest malownicze i piękne krajobrazowo, to ciągle okolice Spalskiego PN i PK. Warto zmieniać trasy i szukać miejsc gdzie nie byłem. Dalej jedziemy przez lasy do Piotrkowa Trybunalskiego, Radomska i do Gidli, to na dziś koniec trasy. Materace na podłodze, woda w ścianie, warunki surowe przypominają : w końcu to pielgrzymka, dobry humor jest ciągle, a dzień był pod wiatr z kryzysem formy, bardzo trudno mi się jechało, nie tracę nadziei to tylko etap, chcę jechać dalej, a jak chcę to robię. Przejechałem 137 km, średnia prędkość 20,1 km/h, piję nadal dużo, to fajnie bo znaczy, że ciepło.


W Gidlach warunki polowe, to pielgrzymka

Sobota, 05-06-2010 r.


Przed ostatnim wspólnym etapem, tylko 30 km

Wstajemy wcześnie, mimo trudnych warunków naprawdę się wyspałem, chyba niektórych niosą emocje, spokojnie nie ma co się spieszyć, malutki dojazd, po mszy bo znowu kościół i śniadaniu ruszamy do Częstochowy najpierw pamiątkowe foto, po drodze spotykamy Jacka i wspólnie dojeżdżamy na Jasną Górę, mała sesja foto i idziemy do namiotu Jacka i rozdzielamy się, koledzy czekają na autobus z Wyszkowa, ja jadę na nocleg do Sióstr, jutro jadę dalej, dobrze jest być czystym, nie wiem co mnie czeka. Przepakowuję się, pogoda dopisuje więc ryzyko, cieplejsze ubranie wróci do Łomży, będzie lżej w dalszej drodze. Trochę niepewności mam, nie ma co ukrywać, ale teraz jest teraz, idę na spotkania, kilka chwil rozmowy, spacer, czekam na Drogę Krzyżową, to tradycja, po to jadę. Po nabożeństwie spotykam znajomych z Łomży Andrzeja z żoną, Grażynkę i innych, których nie znam przez chwilę, pijemy kawę, jemy pieczone kiełbaski, rozmawiamy, tak schodzi czas do Apelu Jasnogórskiego i mszy na Błoniach. Uczestników jak zawsze ogrom i jak zawsze ten ogrom robi wrażenie, dobrze poczuć Wspólnotę, a czuć bardzo i to mnie ciągle pozytywnie nastawia do życia. Późny koniec dnia, idę spać, a spanie wcale nie jest takie łatwe. Przejechałem 36 km, ze średnią prędkością 19,1 km/h. Piłem mało, bo kiedy?


A tak wyglądaliśmy u celu

Niedziela, 06-06-2010 r.


Uroczystości się skończyły, zostałem sam i jadę dalej, teraz dopiero się zacznie

Wcześnie się zrywam z łóżka, to "wcześnie" powtarza się jak mantra jakaś, pakowanie, czas szybko leci, a ciekawość dnia tuż za mną, jeszcze modlitwa przed obrazem, pożegnanie ze znajomymi i ruszam, oj jak mi na początku nie idzie, tyle niepewności. Prawie bez problemów wyjeżdżam z Częstochowy, chwila jazdy i Olsztyn ze swoim Zamkiem. Wątpliwości znikają, włącza się ciekawość i pasja zobaczyć, a jest co. Krajobrazy stopniowo odsłaniają swoje piękno, białe skałki lśnią wśród zieleni i te dale w pofałdowanym terenie ciągle mówią, tyle jeszcze przede mną. Modyfikuję trasę i tak wszędzie nie zdążę. Podjazdy dają w kość, niektóre wydają mi się wprost niemożliwe do podjechania, ale nie popychałem roweru ani razu. Zjazdy za to jak górska kolejka, nawet okulary wiatr chce zabrać. Tak docieram do Ogrodzieńca, znowu ruiny pięknego zamku, zmyślnie i urokliwie wkomponowany w skalne ostańce, pomysłowości budowniczym nie brakowało. Wszędzie komercja psuje efekty, ale życie tak wygląda, ludzie jadą w ładne miejsca poskakać na gumowych zjeżdżalniach. Po Ogrodzieńcu, Chechło, Klucze, Czubatka to miejsca skąd najlepiej widać Pustynię Błędowską. Zawsze chciałem ja zobaczyć i ... zobaczyłem wielki kawał lasu. Warto było jechać żeby zobaczyć, że nie warto jechać, takie piękno jest blisko mojego domu, tylko jak ja bym żył bez swojej ciekawości. Dalej jadę przez Olkusz i mam wybór Kraków 30 km, to kolejny cel mojej wyprawy, albo dużo dalej przez Ojców. Ciekawość skałek wygrywa i jadę do Ojcowa. Po drodze Pieskowa Skała i zamek znany z filmu o Janosiku, tylko janosikowych klimatów brak, chyba, że w zbójnickich cenach zostały. Tuż obok najsłynniejsza maczuga w Polsce, Maczuga Herkulesa i to wszystko w Dolinie Prądnika, gdzie nawet rower jest za szybki żeby wczuć się w uroki tego klimatu. Do Ojcowa dojeżdżam późno, już szarówką, niezgrabnie, ale szybko rozbijam namiot, chyba jestem maksymalnie wyjechany, ale warto było. Przejechałem 127 km, ze średnią prędkością 16,7 km/h, piłem bez opamiętania, był upał, jak ja to lubię!


Ogrodzieniec, mnóstwo takich urokliwych ruin na szlaku Orlich Gniazd

Poniedziałek, 07-06-2010 r.


Z tą wilgocią nie ma żadnej przesady, jest wszechobecna

Rano na polu namiotowym wszechobecna wilgoć, taki mikroklimat, wszystko dosłownie ocieka wodą, a ruszać trzeba, byle jaka toaleta bo warunki takie, coś wymyślę po drodze. Jadę do Krakowa przez Ojców, stara drogą po bruku i dziurawym asfalcie, podjazd długi, stromy, serpentynami, ale warto, te wąwozy, bramy ze skałek, są warte wysiłku, po drodze Jaskinia Ciemna, Kościół na Wodzie i wszechobecny szmer Prądnika, wszak to jego dolina. Dobre i ładne szybko się kończy, wyjeżdżam na dwupasmówkę do Krakowa, po drodze Biały Kościół, to miejscowość z zabytkowym kościołem, w którym jest obraz M B Śnieżnej, potem Modlnica, trzeba trochę zjechać z trasy oczywiście, z zabytkowym dworem i kościołem, jedno i drugie zamknięte, wyżywam się robiąc zdjęcia. Po drodze spotykam sakwiarza, odradza mi Wawel, a ja tam jadę, korki i ruch w Krakowie ogromny, dużo budów dróg, ale nie rezygnuję i za chwilę jestem na Wawelu i faktycznie, są trudności, jechałem ponad 600 km nie po to żeby się poddać, zostawiam rower pod opieką bezrobotnych przewodników, musiałem się nagadać co prawda i idę do krypty pod Wieżą Srebrnych Dzwonów, to miejsce pochówku pp. Kaczyńskich, kolejki zwiedzających, czy bardziej nawiedzających grób, zakaz fotografowania, jakoś go obchodzę i jedno zdjęcie mam. Jakiś, czas włóczę się po dziedzińcach, lubię te klimaty, dostojeństwo wieków, no i poczuć się chcę jak król, w końcu robię to co lubię, jak król. Kolejna myśl się zmaterializowała, chciałem pomodlić się na grobie człowieka, którego szanowałem, warto robić swoje. Czas ruszać dalej, jeszcze fotki, robią mi je znajomi już przewodnicy. Zjeżdżam na Planty, Starówkę, być w Krakowie i nie wysłuchać hejnału, niemożliwe, Kościół na Skałce, to też kawał historii, można nie wyjeżdżać, a ja chcę dalej więc ruszam, wzdłuż Wisły do Tyńca, wyraźne ślady powodzi i malowniczy przeciwległy brzeg rzeki. W Tyńcu zabytkowy klasztor Benedyktynów i znany ojciec Leon Knabit. Klasztor położony jest na wysokim brzegu Wisły, cudo, ale dojazd trudny, popatrzyłem, odpocząłem, czas Tyńca się kończy, Kalwaria Zebrzydowska przede mną. Do Skawiny jeszcze w miarę płasko, dalej już tylko stromo, podjazdy wyczerpują, ale nie odpoczywam, aż sam się dziwię jak je pokonuję, ale pokonałem i Kalwaria i radość końca. Znalazłem super nocleg, zainteresowanym mogę polecić, krótki odpoczynek i ruszam w drogę na nogach, tak naprawdę niewiele widziałem, fragmenty Dróżek Jezusa i Maryi, wszędzie daleko, jeszcze mokro po powodzi, nie wiem gdzie iść, po paru kilometrach wracam, wszystkiego naraz nie zobaczę, będzie okazja wrócić, a jutro też wracam, do domu. Przejechałem 70,5 km ze średnią prędkością 14,8 km/h. Piłem jak zwykle ile było trzeba.


Król też czasem piechotą chodził

08-06-2010 r. Wtorek


Taki nocleg trafia się rzadko, pewnie wtedy kiedy go naprawdę potrzebuję

Nocleg miałem naprawdę wspaniały, kąpiel, pranie, golenie, wprost luksusy, jak łatwo powszednie rzeczy nabierają wartości, nieźle zregenerowany wracam do pomysłu pojechania do Lanckorony, jest pomysł, jest wykonanie, podjazd naprawdę trudny, ponad trzy kilometry stromych serpentyn, daję radę i w mieście myślę, że wyżej nie można, okazuje się, że nie mam racji, do ruin Zamku jeszcze 600m ostrej m wspinaczki. Rower zostaje po drodze i tak nie zwiedza, są to ruiny zamku słynnego z czasów Konfederacji Barskiej, wszędzie zakazy wstępu, to po co pokazywać trasy, na szczęście dziur w płotach więcej niż zakazów, wchodzę robię kilka zdjęć. Moja myśl, że im bardziej nogi bolą tym ładniejsze widoki potwierdza się po raz kolejny, widoczność bardzo dobra, panoramy na kilkanaście kilometrów, nie chce się schodzić na dół. Lanckorona to pięknie położone, czyściutkie i klimatyczne miasteczko, wysiłek był wart tego co widziałem, zawsze warto włożyć wysiłek w trasie, wtedy niczego nie żałuję. Doniesienia o szkodach wywołanych przez powódź się potwierdzają, ale dotyczą gminy, a nie samego miasta. To był ostatni etap a teraz zaczyna się powrót. Chcę dojechać do Krakowa, znowu przez Skawinę i Tyniec bo ścieżka nad Wisłą mnie urzekła, a dodatkowo jest wygodna, ale dokąd mogę zmieniam trasę, jadę prze Krzywaczkę i Radziszów, nie lubię się powtarzać. W Krakowie jeszcze Planty, Starówka i....dworzec kolejowy, kupuję bilet, właściwie dwa, sobie i rowerowi, 40 min oczekiwania i jadę do Warszawy, około 19 jestem na miejscu. Wysiadam na Wschodnim, po zakupach na drogę ok. 20,30 ruszam do domu, z małymi przygodami o drugiej w nocy jestem w Łomży. Jazda nocą po takiej trasie jest zbyt ekstremalna i postaram się jej więcej nie powtórzyć o takiej porze. Przejechałem 53 km do Krakowa ze średnią prędkością 16 km/h, 292 km koleją z Krakowa do Warszawy, średniej prędkości nie znam i z Warszawy do Łomży 137 km ze średnią prędkością 22,8 km/h. Nawet mi się za bardzo pić nie chciało, chyba nie było kiedy.


Dziedziniec wewnętrzny zakonu Bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej

Epilog


Warto zatrzymać się w miejscach gdzie nawet czas staje

Po każdym powrocie jest mnóstwo emocji, wrażeń, przygód i faktów do opowiedzenia, mało jest tylko miejsca i umiejętności żeby to zrobić. Każda, dosłownie każda moja jazda rodzi nowe pomysły, każda, dosłownie każda moja jazda daje radość spotkań z ludźmi, tego co przejechałem, widziałem, doświadczyłem i zostawia niedosyt tego czego nie widziałem, z czego zrezygnowałem po drodze, gdzie nie mogłem dotrzeć, ale to wszystko jednocześnie , nie wiem co bardziej, mnie inspiruje, napędza i pozytywnie nastawia do życia, które bardzo, bardzo lubię, a to na teraz jest jednym, tylko jednym ze sposobów na to żeby być. Już za chwile nowa trasa przez miejsca dla mnie ważne, święte, piękne i ciekawe, zawsze staram się pojechać w miejsce gdzie jeszcze nie byłem. Pozdrawiam serdecznie.

 

Grupy Rodzinne Al-Anon (Ang. Al-Anon Family Group) (Al-Anon - od pierwszych sylab Alcoholics Anonymous) - pracujące w oparciu o 12 Stopni. To grupy samopomocowe skupiające krewnych i przyjaciół alkoholików. Na spotkaniach Al-Anon (mityngach) członkowie rozwiązują swoje problemy dzieląc się doświadczeniem, siłą i nadzieją. Jedynym celem działania wspólnoty Al-Anon jest niesienie pomocy rodzinom alkoholików. Wspólnota nie jest związana z żadną sektą, wyznaniem, ugrupowaniem politycznym, organizacją czy instytucją. Nie bierze udziału w żadnych sporach. W Al-Anon nie ma żadnych składek członkowskich. Przynależność i uczestnictwo jest w pełni dobrowolne.

PRZYDATNE LINKI

Nasi Partnerzy i Sponsorzy

lomza nadleśnictwo łomża parafia osm piątnica phu kurpiewski gmina lomza speed_asg sekacz gok mpwik word centermebel